Zbigniew Kaczor image

Zbigniew Kaczor

ur. 25 października 1960
 
Gospodarka i przedsiębiorczość
„Życie za krótkie jest aby je przeżyć w sposób jednostajny i monotonny.”
Szkoła Podstawowa im. Powstańców Wielkopolskich w Konojadzie
Człowiek sukcesu

MAXIM - front nowej siedziby.

Nasi reporterzy.

Na ślubnym kobiercu

Nowa siedziba firmy MAXIM w .

Pani Renata Kaczor oprowadza nas po zakładzie.

Prezentacja produktów w sali konferencyjnej

Przed biurem firmy w Niemczech - Maxim Ceramics GmbH w Erbach koło Düseldorfu

Trofea - gablota prezentująca statuetki "Korony Reklamy"

W słodkim blasku reklamy - Zbigniew Kaczor (pierwszy z lewej) po wręczeniu Złotej Korony Reklamy

Zakończenie liceum. Pan Zbigniew pierwszy z lewej w pierwszym rzędzie

Zakończenie szkoły podstawowej - nauczyciel: Stanisław  Poznaniak, za nim z długimi włosami: Zbigniew Kaczor

Zbigniew Kaczor

Zbigniew Kaczor - szczęśliwe dzieciństwo

Zbigniew Kaczor - tak zaczyna się przygoda z kubkami

Zbigniew Kaczor w środku - ceremonia otwarcia Targów Reklamy w Hong Kongu

Z rodzinką na Malcie w Poznaniu

Zwiedzanie zakładu.

O sobie
Otwarte głowy
Szef w opiniach zespołu.
Wizyta w MAXIMIE
Wsparcie dla słabszych i potrzebujących
Zawsze pomocny.
Zdjęć: 18
Filmów: 6

Pochodzenie

Zbigniew Kaczor urodził się 25 października 1960 r. w Katowicach. Za sprawą dziadków, którzy go wychowywali, od 8 miesiąca życia mieszkał w Maksymilianowie, gmina Kamieniec, powiat Grodzisk Wielkopolski. Opiekun pana Zbigniewa, człowiek pracowity i przedsiębiorczy, z zawodu był krawcem, ale do tego pszczelarzem.

Dzieciństwo i młodość

Za sprawą dziadków, którzy go wychowywali, od 8 miesiąca życia mieszkał w Maksymilianowie, gmina Kamieniec, powiat Grodzisk Wielkopolski. Odtąd całe jego życie związane było z Wielkopolską. W wieku siedmiu lat został uczniem Szkoły Podstawowej w Maksymilianowie. Tu uczyli go fantastyczni, jak dzisiaj wspomina pan Kaczor, nauczyciele: wychowawczyni - pani Urszula Kozak i wspaniały nauczyciel, późniejszy dyrektor gminny w Kamieńcu - pan Franciszek Bibrowski . To były czasy, wspomina dalej nasz bohater, kiedy pisało się piórem i korzystało z takiego czegoś jak kałamarz. Wyrobił sobie przez to umiejętność ładnego pisania, która mu pozostała do dziś. Od czwartej klasy kontynuował edukację w Szkole Podstawowej w Konojadzie, gdzie jego wychowawcą został prawdziwy pedagog, jak dziś mówi nasz bohater, pan Stanisław Poznaniak, którego wszyscy uczniowie bardzo szanowali. Uczniem był pan Zbigniew, jak sam wspomina, "trochę lepszym niż przeciętnym". Wyjątek stanowiła geografia, którą bardzo lubił. Czas szkoły podstawowej był dla młodego Zbyszka okresem nauki, zaspakajania ciekawości świata i ciekawości wszystkiego. Po latach jako wierny słuchacz i miłośnik radiowej Trójki pan Zbigniew stwierdza, że identyfikuje się z głównym mottem tego radia: "Trójka - radio dla ludzi ciekawych wszystkiego".
Po skończeniu szkoły podstawowej podjął naukę w Liceum Zawodowym w Kościanie. Dla naszego bohatera zawsze interesującego się techniką to było bardzo ciekawe doświadczenie. Trzy dni uczęszczał do szkoły, a dwa dni na szkolne warsztaty. Obsługiwał tokarki, strugarki, piły mechaniczne, frezarki i wiertarki. Uczył się spawać i szlifować. Poznawał tajniki pracy w kuźni. To było dla niego coś nowego, innego, po prostu ciekawego. Po czterech latach, w 1979 roku, zdał maturę i zdobył upragniony zawód mechanika obróbki skrawaniem i stanął przed dylematem co dalej?

Praca zawodowa

Na studia nawet nie próbował zdawać. Samochodu nie miał. Poznań był dla niego prawie nieosiągalny. Jego sytuacja materialna była wtedy bardzo, bardzo trudna, a studia to też niemałe koszty.
Podjął więc zatrudnienie zgodnie ze swoim dotychczasowym wykształceniem. Wraz z dwoma kolegami z pracy, w ramach tzw. Hufca Pracy został wysłany na dwa tygodnie do Wielkopolskiej Fabryki Maszyn Elektrycznych w Poznaniu. Dostali zakwaterowanie, jedzenie i darmowe bilety na tramwaj, a do tego bilet do kina, co wtedy było dla nich wydarzeniem.
Tak zaczęła się "kariera" zawodowa naszego bohatera. Szybko jednak pojawił się problem. Były to czasy, kiedy każdy miał pracę i żyło się wg zasady "czy się stoi, czy leży, pensja się należy", a że wysłani młodzieńcy stanowili grupę ambitnych ludzi, to już w drugim dniu przekraczali normy pracy narzucone w tym zakładzie. Pracowali więc intensywnie przez 2-3 godziny, a potem włóczyli się po zakładzie i podpatrywali, jak taka firma działa. Dwa tygodnie szybko minęły i należało znaleźć pracę na miejscu.
W Kościańskim Polmozbycie właśnie szukano elektryka samochodowego i ku zdziwieniu pana Zbigniewa przyjęto go do pracy. Nie miał nigdy z samochodami nawet do czynienia, a co dopiero z elektryką, ale się udało. Po czterech miesiącach, wspomina pan Zbigniew, potrafił bez problemu wymienić nie tylko żarówkę w samochodzie i bezpiecznik, ale nawet rozkręcić rozrusznik czy też alternator. Nawet czasami udało mu się to skręcić, tylko nie zawsze po skręceniu urządzenie działało. Cztery miesiące doświadczenia wystarczyły, by zrozumieć, że to nie jest praca jego marzeń.
W październiku 1979 roku trafiła mu się, jak na tamte czasy, wspaniała praca. Zakład Transportu Przemysłu Mięsnego w Kościanie potrzebował magazyniera. Ogromnym atutem tej pracy były nie zarobki, ale deputat mięsny. Były to czasy „kartkowe”. Normalnie każdemu przysługiwało 4.5 kg mięsa na miesiąc a on, jako pracownik rzeźni, mógł kupić po specjalnych cenach 4,5 kg na tydzień. Dla przypomnienia rolnikom deputat wtedy nie przysługiwał. Nie była to praca wymarzona, ale uczyła pewnego podporządkowania się regułom panującym w zakładzie pracy. Oprócz rzeczy takich jak gospodarka magazynowa, praca ta sprzyjała zdobywaniu doświadczenia we współpracy z ludźmi i narzucała konieczność dostosowania się do panujących reguł.

Służba wojskowa

Wiosną 1982 roku Zbigniew Kaczor został powołany do odbycia zasadniczej służby wojskowej. Przez sześć miesięcy był elewem w Szkółce Wojskowej w Puławach, gdzie uczył się o paliwach do samolotów, a następne 18 miesięcy spędził w Babimoście pracując na tzw. MPS ( Materiały Pędne i Smary ), obsługując samoloty w tym zakresie.
Sama obsługa samolotów i praca z pilotami była fajnym dla niego przeżyciem, ale tzw. fala w wojsku niestety nie najlepiej mu się kojarzy.
Wiosną 1984 roku skończył służbę wojskową i wrócił na stare śmiecie do pracy na stanowisku magazyniera.

Działalność gospodarcza

Rolnicze początki własnego biznesu

Już wtedy, mając 23 lata życia za sobą zaczął myśleć o jakiejś dodatkowej działalności, która pozwoliłaby nieco dorobić.
W międzyczasie poznał swoją przyszłą żonę Renatę Chudziak pochodzącą z Obornik Wielkopolskich. Młodzi podjęli decyzję o ślubie a myśląc o założeniu rodziny i przyszłym wspólnym życiu, należało zadbać o zapewnienie jakiegoś dobrego standardu, którego nie dawała praca na tzw." państwowym”.
Razem z dziadkiem postanowili dodatkowo hodować kury, uprawiali między innymi czarną porzeczkę i pieczarki. Skala tych przedsięwzięć była mała, ale pozwalała na trochę więcej jak skromne życie. Były to czasy, kiedy każdy w ogródku uprawiał warzywa i owoce. U nich były kury, gęsi, kaczki a nawet koza. Do tego mieli pole i łąkę. „Gospodarstwo” - 1,34 ha - było jednak za małe, by się z tego utrzymać.
Po przemyśleniach pan Zbigniew postawił na uprawę pieczarek. Zaraz po ślubie, który zawarli 29 września 1984 roku zaczęły się pierwsze zbiory. Powierzchnia uprawy była bardzo mała, zaledwie 80 m kw., ale była dobrym dodatkiem do pensji i od tego czasu zaczęła się jego przygoda z biznesem.
Ponieważ na pieczarki był boom, to zaraz po pierwszych zbiorach pomyślał o powiększeniu uprawy. Najpierw postawił jeden tunel foliowy o powierzchni 130 m kw.. W następnym roku następny, a potem jeszcze jeden. W najlepszym okresie powierzchnia uprawy wynosiła 570 m kw, co w tamtych czasach oznaczało w miarę dużo, bo też system uprawy był bardzo skomplikowany i pracochłonny. Najpierw należało kupić obornik koński od rolnika. Potem pozwozić i poprzerabiać czyli poprzerzucać przez maszynę wraz z kredą i wapnem. Później kiedy odkrył, że można podłoże do pieczarek wykonywać z nawozu kurzego, zabrał się za to. Wraz z kolegą Marianem Nowakiem wykonał maszynę do przerabiania obornika. Maszyna została w całości wykonana ze złomu. Było to ogromne ułatwienie, gdyż zamiast ręcznie widłami przerzucać kilkadziesiąt ton miesięcznie, robiła to za nich maszyna.
Zasada była taka: aby otrzymać 3 tony podłoża do pieczarek należało kupić 1 tonę "kurzaka" i 1 tonę słomy. Jak mówi nasz bohater, były to czasy, kiedy każdy zakup czegokolwiek był sukcesem, ale też i sprzedaż pieczarek była po bardzo atrakcyjnych cenach.
Duży problem stanowił wówczas zakup grzybni do pieczarek. W Polsce było raptem kilku producentów grzybni. By móc ją zakupić należało zapisać się co najmniej 6-9 miesięcy do przodu. Było to niezmiernie frustrujące, ponieważ grzybnię należało odebrać dokładnie w zapisanym dniu i cały proces przygotowania podłoża był podporządkowany temu terminowi. Z kolegą pomyśleli, że skoro tak bardzo trudno grzybnię kupić, to może warto byłoby zrobić z tego biznes i zacząć ją produkować? Jak postanowili, tak zrobili. Oczywiście nie było to łatwe . Brakowało im wszystkiego, wiedzy, kasy, urządzeń itd. Ale nie brakło jednego - zapału do pracy. Zaczęli od początku. Kilkukrotne wyjazdy do Ożarowa, gdzie istniała jedyna wytwórnia państwowa, w której zaopatrywali się w tzw. grzybnię mateczną i uzyskali jakąś tam początkową wiedzę - jak to się robi. Potem zaczęło się bieganie za maszynami, które praktycznie były nie do zdobycia. Autoklaw, kolumna do wytwarzania pary technologicznej, komora laminarna i na koniec 60 000 butelek do mleka, w których to butelkach miała rozwijać się grzybnia. Ponieważ nie można było ich kupić w hucie szkła, pan Zbigniew jeździł każdego dnia do Poznania i po prostu skupował je w sklepach spożywczych. Jak mówi w "malucha" luzem wchodziło około 600 butelek. Wyglądało to dziwacznie, jak facet wkłada luzem przez szybę boczną do samochodu taką masę butelek. Cały proces zakupu potrzebnej ich ilości trwał ponad rok. Kupowane były na bieżąco pod potrzeby. Biznes na grzybni początkowo był trudny, brak wiedzy powodował straty nawet rzędu 30 %, ale powoli, powoli się rozwijał. Oczywiście korzystali z kredytu bankowego. Były to lata 1986 - 1989. Jeszcze był pełen socjalizm i prywatna inicjatywa była niezmiernie trudna. Zakup czegokolwiek: cementu, wapna, węgla, paliwa, stali, cegieł, folii, wełny mineralnej był wyzwaniem. Aż w 1989 nastąpiła katastrofa - odsetki tylko za miesiąc styczeń wzrosły do 40%. Wielu pieczarkarzy upadło. Biznes nagle stał się mało opłacalny i trzeba było znaleźć sobie coś innego.
W związku z tym, że zaczęły obowiązywać prawa wolnego rynku i nagle wszyscy mogli robić wszystko, nasz bohater poszedł z duchem czasu. Ponieważ dysponował już chłodnią, postanowił kupić hurtowo 5 ton pomarańczy i potem detalicznie je sprzedać. Teoretycznie proste: tanio kupić - drogo sprzedać. Tylko jak szybko sprzedać 5 ton po małych sklepach spożywczych, które kupują po 5 - 10 kg i mając do dyspozycji fiata 126p. O tym nie pomyślał. W malucha wchodziło maksymalnie 200 kg. Nawet jak znalazł klientów, to zajęło mu to cały dzień. Miał co prawda pomocnika, który mu pomagał ale... - popsuła się chłodnia i pomarańcze stawały się niebezpiecznie miękkie. W ten biznes pan Zbigniew zaangażował wszystkie swoje pieniądze z kredytu i nie mógł ich stracić. Należało szybko działać, byleby tylko odzyskać wkład. Wpadli na pomysł, by szybko sprzedać owoce do zakładów pracy, które wtedy miały działy socjalne i chętnie kupiły egzotyczne owoce dla swoich pracowników. Praktycznie w ciągu 3 dni cały zapas został sprzedany. Odetchnęli. Udało się odzyskać kasę - to było najważniejsze, ale co dalej?

W kierunku obecnej działalności

Często w takich chwilach pomaga przypadek. Przy śniadaniu pan Zbigniew słuchał sobie Radia Merkury, które właśnie niedawno zaczęło nadawać i usłyszał, że palarnia kawy w Tarnowie Podgórnym sprzedaje tanio kawę paloną luzem. Nie zastanawiał się ani chwili. Wsiadł w Żuka i pognał do Tarnowa z całą gotówką, którą miał. Stać go było na 1 tonę kawy. Póki co nie pomyślał co dalej? Jak zapakować? Jak sprzedać? Jak to zorganizować?
Jego myślenie było proste - kawa, w przeciwieństwie do pomarańczy, się nie psuje. Jak kupi 1 tonę to po rozważeniu na 1 kg torebki będzie ich 1000 szt. - w przypadku pomarańczy tak nie było. No i się zaczęło, należało zorganizować jakieś torebki, gumki recepturki, wagi i zaczęli pierwsze pakowanie - w domu, w kuchni. Jak wspomina pan Zbigniew, kawa wspaniale pachnie, ale mała torebka. Worek - 60kg. wniesiony do kuchni już nie. Ale jeśli chodzi o dystrybucję, miał już przetarte ścieżki. Te same zakłady, które kupiły pomarańcze, chętnie teraz kupowały kawę. Działanie było proste. Zawoził do kilku zakładów kawę pakowaną w worki po 15 kg zbiorczo. W każdym z nich, w zależności od potrzeb, zostawiał kilka paczek a po tygodniu zbierał pieniądze. Ku jego zaskoczeniu wszystko poszło szybko i sprawnie. W ciągu tygodnia sprzedał całą tonę i mógł jechać po następną. To pozwoliło mu powoli, powoli rozglądać się za nowymi odbiorcami. Nie wiedział wówczas co to Urząd Skarbowy, SANEPID. Dopiero po dwóch miesiącach zaczął myśleć, jak to zalegalizować i sprzedawać wg zasad, których przecież należało przestrzegać. Zalegalizowanie tego biznesu nie było trudne, a ta działalność okazała się biznesem trafionym. Sprzedaż rosła dość szybko. Zaczął zwiększać zatrudnienie. W okresie szczytowym firma "ZBYSZKO" zatrudniała ponad 20 osób. Dysponował kilkoma samochodami: czterema Polonezami Trackami i dostawczym Mercedesem 307. Kupił nawet używaną maszynę do palenia kawy - małą, o zasypie 30 kg. Woził kawę po zakładach pracy w promieniu 100 km a nawet dalej. W najlepszym okresie sprzedawał 15 ton kawy tygodniowo. Były w międzyczasie jakieś problemy, ale biznes kwitł. Udało mu się kupić 12,5 hektarów gruntów i założyć plantację czarnej porzeczki. Niestety prowadząc taki biznes nie potrafił przewidzieć, a następnie w porę nie zaobserwował, że sytuacja się zmienia. Do Polski weszły duże firmy kawowe: Tchibo, Jacobs. Ale największym problemem był sposób sprzedaży. Otóż w zakładach powoli ograniczano możliwość sprzedaży produktów. Działy socjalne zostały zlikwidowane i sprzedaż zaczęła spadać. Zaczął więc sprzedawać kawę bezpośrednio do sklepów i hurtowni. Ten rynek był bardzo trudny. Ceny relatywnie niskie a konkurencja ogromna, mająca już uznaną pozycję i wieloletnie doświadczenie w prowadzeniu sprzedaży do sklepów. Brakowało mu stosownej wiedzy, umiejętności i odpowiedniego kapitału. Zaczął wpadać w kłopoty finansowe. Ceny spadały, sprzedaż spadała, terminy płatności stawały się coraz dłuższe. Na domiar złego kilku odbiorców jego kawy upadło i powoli dobrze prosperująca firma zaczęła wpadać w kłopoty finansowe. Pod koniec sprzedaży kawy w roku 1998 firma zatrudniała tylko 6 osób i praktycznie sytuacja finansowa była dramatyczna. Kawę sprzedawało się coraz trudniej, o każdy sklep trzeba było walczyć, by kawa mogła znaleźć się na półce. Koszty dystrybucji stawały się duże, a efekty coraz marniejsze.

Na rynku porcelany reklamowej

Zbigniew Kaczor próbował ratować sytuację organizując w sklepach degustację i tak narodził się pomysł na dokładanie do kawy, w ramach promocji, kubków reklamowych. Ponieważ nie było jeszcze internetu ani telefonów komórkowych, wsiadł w samochód i pojechał do Wałbrzycha spróbować zamówić kubki do kawy. Jakież było jego zdziwienie, kiedy okazało się to bardzo trudne. Myślał o ilości 500, może 1000 sztuk. W Fabryce Porcelany KRZYSZTOF pobiegał tylko po biurowcu. Efekt taki, że nic nie udało mu się zamówić. No 10 000 sztuk to by zrobili, ale takie małe zamówienie to już nie. Następna fabryka - Fabryka Porcelany WAŁBRZYCH - to samo. Kompletny brak zainteresowania sprzedażą kubków takiej małej firmie. Objechał jeszcze dwie fabryki, ale bez efektu. Łatwo się jednak nie poddał. "W końcu mamy jeszcze inne fabryki" - pomyślał. Udał się do Fabryki Porcelany Chodzież. Efekt łatwy do przewidzenia. Brak zainteresowania. Z tym, że akurat w Chodzieży istniała dość pokaźna ilość małych zakładów, które kupowały białą niedekorowaną porcelanę i następnie ją dekorowały. Sprzedaż głównie do Rosji. Objechał tych zakładów z 10. W końcu znalazł zakład, który łaskawie przyjął zamówienie na 1000 kubków do kawy i już po 3 tygodniach wrócił do Chodzieży po swoje pierwsze kubeczki.
By znaleźć producenta spędził całe dwa tygodnie w samochodzie. Było dla niego niewiarygodne, że nie może po prostu sprzedać kawy i musi zabiegać o każdy sklep, sprzedaż każdego kilograma uskuteczniać po bardzo niskiej cenie. A tu musi wręcz prosić, by ktoś dla niego coś zrobił.
W tym czasie nauczył się czegoś na temat produkcji kubków i po analizie pomyślał, dlaczego samemu nie zająć się tym biznesem. Po raz kolejny dał się pochłonąć intensywnemu myśleniu o nowej działalności. Jak sam przyznaje, "po raz kolejny się zaczęło". Nie miał pojęcia o niczym. Dla niego to była totalna nowość . Ale czasy były już nieco inne. Ze zdobyciem narzędzi i wyposażenia nie było kłopotów. Problemem byli fachowcy, no i wiedza, której po prostu wtedy nie posiadał. Ale co dla niego charakterystyczne, miał duże pokłady optymizmu i samozaparcia. Niestety nie posiadał wystarczających środków finansowych, a co gorsza miał dość pokaźne długi. Determinację miał ogromną - długi i rodzina na utrzymaniu - żona i trójka dzieci. Wiedział, że nie może podjąć byle jakiej pracy, bo na długi by nie zarobił. Poza tym taki obrót sprawy byłby dla niego osobistą porażką. Musiał działać. Nowa wiedza, nowe maszyny i urządzenia, nowe technologie i najtrudniejsze - należało podjąć decyzję o kanałach dystrybucji i odpowiedzieć sobie na fundamentalne pytania. Kto kupi od niego te kubki? Dlaczego ma kupić? Dlaczego ma kupić od firmy MAXIM?. Wtedy jeszcze nie znał tych odpowiedzi. Początkowo próbował sprzedawać kubki gdziekolwiek, do sklepów, firm, kwiaciarni, sklepów pamiątkarskich. Nie miał jeszcze dokładnie sprecyzowanego planu. Pierwsze dwa lata to kompletna katastrofa. Nauka kosztuje. Nie mógł otrzymać kredytu. Firma nie miała zdolności kredytowej. Pieniędzy brakowało na wszystko: na paliwo, na wypłaty, na kubki, itp. Cały czas łatał dziury i kupował tylko rzeczy najpotrzebniejsze. Oglądana była każda złotówka przed jej wydaniem. Problemem był totalny brak wiedzy technicznej i ludzi w okolicy, którzy by ją posiadali. Szczęśliwy jak dostał zamówienie. Włożył kubek do pieca na próbę. Kubek wyszedł ładny, a potem włożył 300 kubków do pieca i wszystkie do wyrzucenia. Następne kubki były dostępne w Łodzi w hurtowni, do której trzeba było dojechać, kupić, przywieźć i znaleźć przyczynę - Co się stało? By znów nowego wkładu nie wyrzucać. Nie wiedział co to sitodruk, kalka ceramiczna - totalna porażka. Początkowo kalkę wykonywał na miejscu, ale jedyny pracownik, który coś tam potrafił, nie przyszedł do pracy. Musiał kalkę ceramiczną wykonywać w Chodzieży. Praca jego wyglądała wtedy tak: rano koszula, krawat i jazda po potencjalnych klientach. Potem wyjazd do Chodzieży po kalkę. W międzyczasie organizowanie kubków, klejenie a wieczorem ładowanie kubków do pieca, by koło północy można pójść spać, bo nie można było się położyć nie wiedząc jaki będzie efekt.
Ale, jak dzisiaj mówi, czuł i wiedział, że to było to, co lubił i że to dobry biznes. Początkowo wpadało jedno, dwa zlecenia tygodniowo. Jakiś serwis do kawy, kilka zamówień na kubki i powoli, powoli sprzedaż i zamówienia rosły. Wyposażenie w firmie było wtedy absolutnie beznadziejne, ale w trzecim roku powoli firma zaczynała przynosić dochody. W którymś momencie udało mu się znaleźć w Chodzieży pracownika, który przeprowadził się do Maksymilianowa. To był mały przełom. Już nie musiał 3-4 razy w tygodniu jechać do Chodzieży. Początkowo w firmie pracowało 6 osób. Dalej produkował kawę, ale wiedział, że to już powoli koniec i trzeba będzie się przestawić.

W blasku reklamy

Okres ten był przełomowy w jego biznesowym życiu. Miał już pewne doświadczenie życiowe. To jednak za mało, by stworzyć biznes stabilny, przewidywalny i dający poczucie bezpieczeństwa na lata.
Po okresie prób postanowił się skupić tylko i wyłącznie na produkcji ceramiki reklamowej. Produkował po prostu kubki z nadrukiem reklamowym. Klientami jego firmy w początkowym okresie były agencje reklamowe i firmy. Po latach doświadczeń przestał obsługiwać klientów końcowych czyli firmy. Postawił na współpracę z Agencjami Reklamowymi. Od trzeciego roku firma powoli zaczęła przynosić dochody. Zaczęła inwestować w nowe maszyny, zatrudniać pracowników, wyjeżdżać na targi. Krok po kroku zaczęła się rozrastać. Zbigniew Kaczor podjął wtedy jedne z najważniejszych decyzji, tak niby teraz oczywiste, ale kiedyś będącą dla niego doświadczeniem odkrywczym. Otóż uznał on, że firma jak i ludzie w niej pracujący muszą się permanentnie rozwijać. Systematycznie też trzeba monitorować, co się dzieje na rynku. Analizować potrzeby klientów i się do nich dostosowywać. Od tamtego czasu procesy te przez całe lata realizuje i doskonali. W tym roku w maju minie 17 rok działalności firmy MAXIM. Cały czas się rozwija dając zatrudnienie nie tylko miejscowym fachowcom. Od 12 lat importuje kubki bezpośrednio z fabryk z Chin. Zna te fabryki, ich właścicieli, co roku on lub jego przedstawiciele wyjeżdżają do Chin na targi i do fabryk, by wiedzieć jak zmieniają się trendy i jakie możliwości technologiczne się rysują. Pan Zbigniew mówi: "[...] powoli przez lata umacnialiśmy naszą pozycję na rynku polskim. Każdego roku nasza produkcja wzrasta. Postawiliśmy na jakość i terminowość dostaw. Każdego roku inwestujemy w nowe maszyny i urządzenia. 6 lat temu podjęliśmy decyzję o wybudowaniu nowego zakładu. W poprzednim miejscu nie było już możliwości zwiększenia produkcji, musielibyśmy ją ograniczać a kto się nie rozwija, ten się cofa". W listopadzie 2013 firma MAXIM przeprowadziła się do zupełnie nowego budynku. Każdego roku zwiększa produkcję i zatrudnienie. Praktycznie od samego początku prowadziła sprzedaż na rynki zagraniczne, które krok po kroku ciągle nowe zdobywa. To bardzo trudne zadanie. W tej chwili produkty z Maksymilianowa są sprzedawane do praktycznie każdego kraju w Europie. W wielu państwach MAXIM ma już dystrybutorów, którzy pomagają na miejscu rozwijać biznes. Ma ich w Wielkiej Brytanii, Danii, Szwecji, Czechach, Włoszech.. W Niemczech ma własną firmę, w której pracują 3 osoby zajmujące się intensywną dystrybucją i sprzedażą. W tej rodzinnej firmie oprócz żony Renaty, syna Krzysztofa (obecnie lat 29) i dwóch córek: Agnieszki (lat 27) i Magdy (lat 25) pracuje teraz około 100 pracowników. Większość z nich to fachowcy w tym co robią. Pani Renata zajmuje się w firmie sprawami administracyjnymi i biurowymi. Krzysztof kieruje zakupami i informatyzacją przedsięwzięcia. Agnieszka prowadzi całą logistykę, a Magda pracuje w dziale handlowym. Mimo to w rodzinie panuje zasada, że nie przenosi się spraw firmowych do domu i odwrotnie. Każdego roku MAXIM wprowadza nowości wzornicze i nowe technologie, by zdobyć przewagę konkurencyjną na tym trudnym przecież rynku. Jest to zasługa całej załogi, a nie tylko kierownictwa. Zespół, obecny tworzą ludzie odpowiedzialni, znający swój fach i bardzo zaangażowani w pracę. Pan Zbigniew Kaczor podkreśla, że " bez ich zaangażowania nie byłoby takiego rozwoju. Ten proces cały czas trwa" - mówi - "zastanawiamy się, jak możemy wyprzedzić naszą konkurencję. Rozwijamy nasze umiejętności, poprawiamy w firmie wszystko co tylko można poprawić. Jesteśmy mocno nastawieni na jakość i wszelkie zmiany idące w kierunku na zwiększenie wydajności i poprawienie jakości samego produktu jak i obsługi klienta". Jak przystało na dobrego szefa pan Zbigniew Kaczor świeci przykładem i o ile tylko może uczestniczy w różnego rodzaju branżowych szkoleniach np. kilkakrotnie brał udział w prowadzonych przez Briana Tracy, zdobył certyfikat ICAN Institute, „Management 2013” prowadzony przez Harvard Business Publishing. W tym roku w firmie zaczyna wdrażać tzw. TQM - System Zarządzania Jakością, który będzie wprowadzany przez największy autorytet w tym zakresie jakim jest profesor Andrzej Blikle.
Potwierdzeniem słuszności takiej strategii są liczne wyróżnienia i nagrody, którymi może się firma MAXIM pochwalić. Są wśród nich najważniejsze statuetki świata reklamy - Korony Reklamy. W specjalnej gablocie widzimy ich aż osiem, w tym dwie są srebrne i aż sześć złotych, przyznawanych najlepszej firmie reklamowej w Polsce.

Nasz bohater prywatnie

Prywatnie bohater naszego wpisu jest nie tylko szczęśliwym mężem, ojcem ale i dziadkiem. Ma wnuka Edwina. Sporo czyta.Głównie literaturę biznesową, podróżniczą i czasem historyczną. Jest fanem radiowej Trójki, którą słucha od zawsze. Interesuje się muzyką: rockiem, jazzem, muzyką filmową i klasyczną. Lubi odkrywać, wychodzić poza utarte schematy. Życie według niego jest zbyt krótkie, aby je spędzić w sposób jednostajny i monotonny. Mówi, że ktoś powiedział, iż życie jest zbyt krótkie by pić kiepskie wino. Jest miłośnikiem dobrego kina i teatru. Uwielbia podróżować i w miarę możliwości dwa - trzy razy w roku wyjeżdża. Generalnie nie lubi wycieczek zorganizowanych. Woli podróżować sam z żoną lub z przyjaciółmi - tak jest według niego trudniej, ale ciekawiej. Można zobaczyć i odkryć miejsca, gdzie nie dotrze się z wycieczką. Tak na przykład w ubiegłym roku przez miesiąc sami zwiedzali Australię. Z panią Renatą kochają wyjeżdżać na narty do Włoch lub do Austrii, każdorazowo w inne miejsce. Mając porównanie różnych państw pan Zbigniew stwierdza z całą stanowczością, że Polska jest pięknym krajem. Nigdzie na świecie nie ma tak pięknych jezior do żeglowania jak na Mazurach, a nasze Bieszczady i ich połoniny są bajeczne. Wspólnie z panem Waldemarem Ślebiodą zmobilizował ludzi biznesu i założył Klub Przedsiębiorców Powiatu Grodziskiego. Pan Zbigniew został jego wiceprezesem. Główną ideą Klubu jest integracja i wzajemna pomoc. Bardzo ciekawym pomysłem bohatera naszego wpisu jest ze wszech miar słuszna inicjatywa realizowana przez to gremium:,,Wspieramy Wasze Marzenia" skierowana do młodzieży powiatu Grodziskiego a mająca wspomagać i inspirować młodzież do działania. W  jej ramach klubowicze zakupili między innymi wyczynowy karabinek sportowy dla zawodniczki z Grodziska Wielkopolskiego, która ma ogromny talent strzelecki. Kupili też chłopakowi, który udaje się autostopem do Maroka,kamerę aby mógł dokumentować swoją podróż. Wiemy, że w tym roku ta inicjatywa będzie kontynuowana a może i rozwinięta. Jako przedsiębiorca jest pan Zbigniew Kaczor członkiem Polskiej Izby Artykułów Reklamowych skupiającej ok. 150 przemysłowców działających w branży reklamowej. W latach 2008 - 2010 był jej prezesem i jako taki został zaproszony przez Izbę Handlową w Hong Kongu o dokonanie uroczystego otwarcia największych targów reklamy na świecie, które w tym mieście się odbywały. Od ubiegłego 2014 roku jest też członkiem Związku Przedsiębiorców Polskich w Warszawie. Obecnie jest na etapie nawiązywania współpracy między tym Związkiem a Klubem Przedsiębiorców w Grodzisku Wielkopolskim.

Plany na przyszłość

W bieżącym roku, aby "udowodnić sobie, że można", wraz z synem Krzysztofem planuje uruchomić produkcję win owocowych. Plantacja czarnej porzeczki, którą już dość długo prowadzi, była niedochodowa i systematycznie wymagała dofinansowywania. Od lat zastanawiał się co z tym zrobić. W końcu postanowił zadziałać i rozpocząć produkcję wysokiej jakości win owocowych, takich z których, jak mówi pan Zbigniew, "będziemy dumni". W założeniu produkowane wina mają być możliwie najlepsze, nawet jeśli koszty produkcji będą wysokie. Wszystkie elementy od początku do końca muszą być dopracowane. Produkcja ma ruszyć w tym roku, a sprzedaż nie wcześniej jak za rok. "Tak niedochodową uprawę porzeczki chcemy zamienić na dochodową produkcję win".

Znaczenie i ocena postaci

Zbigniew Kaczor jest dla nas swoistym wzorem i przykładem, za którym warto podążać. Swoim uporem, determinacją i pracowitością osiągnął w końcu życiowy sukces. Zbudował swoją firmę od zera i przy jej tworzeniu wielokroć zmagał się z różnymi przeciwnościami. Dowodnie pokazał, że nawet wywodząc się z niezamożnej rodziny i dorastając w naszym wspólnym, raczej niebogatym wiejskim środowisku da się tak posterować swoim życiem, aby sięgnąć po wymarzony cel i mocno stanąć na własnych nogach.Jest poza tym przykładem przedsiębiorcy, który nie zerwał ze swoimi korzeniami, który się do nich przyznaje i z nimi identyfikuje, który wreszcie czuje się mocno emocjonalnie związany z naszym Maksymilianowem o czym też przekonuje nazwa firmy MAXIM. Poza tym pan Zbyszek, będąc wrogiem różnorakiego rozdawnictwa chętnie podaje pomocną dłoń i wspiera wysiłki innych służąc im radą i pomocą w sięganiu po szczytne cele.

Autorzy

Biogram przygotował zespół uczniowski.
Szkoła Podstawowa im. Powstańców Wielkopolskich w Konojadzie
Gmina Wolkowo, powiat grodziski

Kalendarium:

  • 1984 ― Zawarcie związku małż...
  • 1967 ― Rozpoczęcie edukacji ...
  • 1960 ― Narodziny bohatera
  • 1961 ― Zamieszkanie z dziadk...
  • 1971 ― Rozpoczęcie edukacji ...
  • 1975 ― Rozpoczęcie nauki w L...
  • 1979 ― Matura. Ukończenie sz...
  • 1979 ― Podjęcie pracy zawodo...
  • 1979 ― Podjęcie pracy w Zakł...
  • 1982 ― Zasadnicza służba woj...
  • 1984 ― Pierwsze zbiory piecz...
  • 1986 ― Produkcja pieczarkowe...
  • 1990 ― Palarnia kawy „...
  • 1998 ― Początek produkcji ku...
  • 2008 ― Zbigniew Kaczor preze...
  • 2013 ― Firma MAXIM Przeprowa...
  • 2014 ― Zbigniew Kaczor zosta...

Cytaty:

  • „Życie za krótkie jest ...”

Źródła:

  • Firma MAXIM w prasie.
  • Historia firmy MAXIM w...
  • Relacje internetowe z ...
  • Wzory kubeczków reklam...

Zobacz też: